Kategorie: Wszystkie | Edukacja | Hobby
RSS
czwartek, 07 lipca 2016

"W życiu trzeba mieć szczęście" - to powiedzenie sprawdza się nie tylko w indywidualnych przypadkach, lecz także w grze. Moim zdaniem Portugalia to największy fuksiarz Euro. Zobaczymy jak będzie dalej z tym szczęściem. Moim szczęściem jest natomiast to, że żona nadal toleruje moje wspólne kibicowanie z kumplami ;) Chwała jej za to :)

środa, 29 czerwca 2016

Ponoć mają wrócić 8-letnie szkoły podstawowe. Rozumiem, że nauczyciele protestują, bo sporo szkół zniknie, ale z drugiej strony ilość lat nauki się nie zmieni, a dzieci musi ktoś uczyć, więc moim zdaniem znajdą zatrudnienie w szkołach podstawowych i liceach. A dzieciakom będzie łatwiej się uczyć w jednym środowisku, wśród znajomych niż skakać po szkołach i stresować się egzaminami. Też chodziłem do szkoły 8-letniej i muszę przyznać, że więcej wiedziałem niż dzisiejsze dzieciaki. I nie chodzi o to, że mam w domu nieuków, tylko że program nauczania jest okrojony, w porównaniu do tego co było kiedyś; opiera się na dużej ilości kolorowych obrazków, nikomu nie potrzebnych ćwiczeniach, których nawet nie wypełnia się w szkole tylko zadaje do domu i ogólnym chaosie. Ale w takich przypadkach diabeł zwykle tkwi w szczegółach, więc zobaczymy jak to będzie działało w praktyce. Zdecydowanie podoba mi się pomysł, żeby dzieciaki nie miały zadawane, albo zadania odrabiały w szkole.

wtorek, 28 czerwca 2016

Własnym oczom nie mogłem wczoraj uwierzyć jaki Brexit zrobili Islandczycy Anglikom :) Piękny mecz i piękna gra. Jeden z najciekawszych na Euro :) Oby było więcej takich niespodzianek; Polska też mogłaby wyeliminować Portugalię :)

A a propos odcinania się Anglików od Europy, pewnie odczują to także Stany tracąc silnego sojusznika przy wprowadzaniu TTIP.

piątek, 10 czerwca 2016

No i nastał nam ten przykry miesiąc, w którym trzeba było zrobić przegląd samochodu (i za niego zapłacić) i ubezpieczyć auto na następny rok. Poprosiłem o ofertę dotychczasowego ubezpieczyciela i... wycenił mi dużo drożej niż w poprzednim roku. Pytam dlaczego, a on mi na to, że szkodę zgłaszałem. No, ok zgłosiłem (w końcu po to się ubezpieczam), bo mi jakiś ... ktoś... bok porysował. Zresztą nie wysilili się z wypłatą odszkodowania i jak tylko znajdę wolną chwilę, to się będę odwoływał. Tymczasem to co mi wypłacili dorzucili do składki za nowy rok uzasadniając tą szkodą i tym, że auto czym starsze tym większe ryzyko, że się zepsuje więc składka rośnie... Tia. Zrezygnowałem z nich, inni zaproponowali mi taniej. To się od razu rozdzwonił telefon z wyjątkową ofertą dla utrzymania klienta. Podziękowałem, trzeba było klienta docenić od razu, a nie dopiero jak zrezygnuje. Zresztą jak nie potrafią się zachować przy takiej małej szkodzie, to co by było przy większej (oby nigdy nie nastąpiła)... Ostatecznie to była szkoda materialna, którą łatwo wycenić, a nie jakieś odszkodowanie za trwały uszczerbek na zdrowiu, który nie wiadomo ile wynosi. To nie, wycenili np. godzinę robocizny na 10 zł!!! Przepraszam, ale nie znam firmy, która by tyle brała za godzinę, po prostu by nie wyżyła ze swoich usług. No i jeszcze dorzucili mi udział własny pod zagmatwaną nazwą, na którą nie zwróciłem uwagi, mimo że wyraźnie podkreślałem, że go nie chcę.

Całe szczęście, że na przeglądzie obyło się bez dodatkowych kosztów. Auto sprawne, zadbane, wszystko z nim w najlepszym porządeczku, więc pewnie pojeżdżę nim jeszcze z 2-3 lata, bo po co wymieniać. Oddzielnie, przed przeglądem, wymieniłem tylko filtry, olej silnikowy i wyczyściłem klimę. Mam wrażenie, że nabili ją bardziej niż ostatnio, bo dużo mocniej chłodzi.

czwartek, 05 maja 2016

Pożary kontra zabytki... A może na odwrót. Tak czy inaczej zabytki są na przegranej pozycji, często nawet wtedy, gdy nie dopadnie ich żaden pożar. Konserwatorzy "rozciągają" nad nimi "pieczę". W sensie oznaczają i uniemożliwiają normalne ich użytkowanie. Lepiej jak stoi i niszczeje, niż żeby wpadło w ręce komuś, kto założy tam nie takie okna jak się konserwatorowi wyśniło, albo położy nie ten tynk. Jeśli taki zabytek stoi gdzieś na wsi, to stopniowo, powoli popada w ruinę, a jak jest w mieście, to... tu problem jest bardziej złożony. Jeśli jest atrakcyjny, może go ktoś kupić i stosować się do rad konserwatora, a jak jest z rodzaju takich, w których nie wiadomo co zrobić, to może spotkać go ponury los, jaki zauważono zapewne w wielu miastach, np w Poznaniu. Jest sobie jakiś zabytek, który ulega spaleniu, zapewne przez "nieostrożność bezdomnych". Dziwnym trafem zabytek jest położony w fajnej okolicy i równie dziwnym trafem wkrótce potem teren zostaje sprzedany deweloperowi i powstaje tam osiedle. Może więc czas skończyć z tą farsą ochrony zabytków. Podzielić je na te cenne dla kultury polskiej, w których państwo coś zrobi, choćby jakieś muzeum, atrakcyjne dla inwestorów, którzy są w stanie jeszcze je wyremontować i w jakiś sposób użytkować, a ruiny przeznaczyć do wyburzenia i zagospodarowania, zanim w nich się komuś krzywda stanie. Oczywiście można czekać 50 czy 100 lat na całkowite zniszczenie, tylko po co?

środa, 30 marca 2016

Dziś pierwszy dzień w pracy po kilkudniowym wolnym, więc jakoś zapału póki co nie mam. Zdążyłem już wpaść w fazę urlopowego rozleniwienia. A to dlatego, że w tym roku święta spędziliśmy poza domem i to bynajmniej nie u rodziny. Zaczęło się od tego, że dwa tygodnie przed świętami powstał spór czy w święta siedzieć w domu czy jechać do rodziców, a jeśli do rodziców - to do których. Do sporu dołączyli się rodzice i dzieci, a żona chodziła sfrustrowana i zaganiała nas do pracy, na tyle na ile się dało, bo było za zimno i zbyt deszczowo na mycie okien czy robienie porządków na ogrodzie. No więc się wkurzyłem i podzwoniłem nad morze do większych ośrodków dowiedzieć się czy mają jeszcze na święta wolne pokoje Sopot, Gdańsk i Świnoujście, w hotelikach które znam były już zajęte (o dziwo), ale w Kołobrzegu się udało. Dzieciaki przyjęły moją informację w wielkimi okrzykami, a żona ze zdziwieniem, ale pomysł został zaakceptowany, tym bardziej, że zaliczka została wpłacona. W ten sposób pozbyłem się za jednym zamachem konieczności chodzenia na zakupy po świąteczne wiktuały (które by pewnie tyle kosztowały ile podróż nad morze), sprzątania i słuchania zdenerwowanej żony co jeszcze trzeba zrobić (oszczędność bezcenna) oraz rozstrzygania kwestii gdzie spędzić święta, którą pewnie kazano by mi rozstrzygać, a czy później by tak postąpiono to już inna kwestia ;) No więc pojechaliśmy w czwartek po pracy, a wróciliśmy wczoraj. Początkowo pogoda trochę nas przeraziła, ale później rozpogodziło się i w święta było wspaniale. Nie na tyle wspaniale, żeby się kąpać w morzu, choć dzieciaki buty pomoczyły, bo uciekając przed falą wpadły w grząski piach niemal po kolana. Kurcze, jednak o tej porze roku bezpieczniej chodzić po plaży parami, albo chociaż z jakąś deską pomocną przy wychodzeniu z piaszczystego bagna. Obie matki zostały uspokojone, że na dalekiej północy również ludzie święcą pokarmy i są kościoły, do których można pójść w święta, bo jakoś im się w głowach nie mieściło, że można je spędzać poza domem i bez rodziny (i nie ważne, że wyjechaliśmy "rodzinnie"). Mimo, że sama podróż męcząca, bo długo tam nie posiedzieliśmy, to jednak jestem bardzo zadowolony, że się zdecydowaliśmy na wyjazd. To było prawdziwe świętowanie, bez nerwówki i niepotrzebnych zgrzytów.

Jedyny minus to ten, że żona zgubiła jeden swój ulubiony kolczyk zapewne gdy ściągała na plaży sweter. Ale co tam, obiecałem odkupić :)

wtorek, 08 marca 2016

Wszystkiego najlepszego niniejszym życzę wszystkim Kobietom, Kobietkom, Dziewczynom i Dziewczynkom :) Abyście zawsze były tak uśmiechnięte i szczęśliwe jak większość z Was jest dziś.

wtorek, 01 marca 2016

Dziś dzień pełen wrażeń, a właściwie poranek i przedpołudnie. I wystarczy. Do wieczora chcę mieć spokój. Wczoraj po pracy zostawiłem samochód na parkingu, bo mieliśmy jeszcze jechać na zakupy i nie chciało mi się wjeżdżać do garażu. Na zakupy nie pojechaliśmy, a moje lenistwo zostało dziś rano ukarane, bo okazało się, że samochód zalega niemała warstwa mokrego śniegu, albo raczej śnieżnej brei. Ponieważ było już późno i nie chciało mi się wracać po miotełkę, ani bawić z małą skrobaczką, ręką zgarnąłem ile się dało i pojechałem. Dopiero w pracy zorientowałem się, że nie mam... obrączki... Musiała się ześlizgnąć w trakcie tego zgarniania, więc z powrotem popędziłem na parking. Na szczęście znalazła się, choć zanim się to stało musiałem przekopać się przez to cholerstwo. W rezultacie musiałem jeszcze zahaczyć o dom, żeby się przebrać w suche ciuchy i buty. A później znowu do pracy... Szlag, a miałem dziś robotę nadgonić... Jedno szczęście, że ją znalazłem.

poniedziałek, 01 lutego 2016

Nie ma nic bardziej frustrującego na świecie jak sfrustrowana żona ;) Mojej się ostatnio trochę przytyło i narzeka na ciasną garderobę i zbędne kilogramy. Chciałem jej zrobić przyjemność i zabrałem w weekend na zakupy, żeby sobie kupiła nowe rzeczy. I jak się okazało, to był wielki błąd. Niemal ze łzami w oczach wychodziła z kolejnych przymierzalni, narzekając, że wygląda jak wieloryb albo mors. W rezultacie nic nie kupiła, tylko jeszcze bardziej się wkurzyła. Zaiste, dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane... I nic nie pomaga mówienie, że wygląda ok. Ponoć nie jestem wiarygodny. A przynajmniej mniej niż jej ciuchy. Ostatecznie zaproponowałem, żebyśmy razem codziennie jeździli na rowerze, skoro jest tak ciepło. Ucieszyła się, ale okazało się, że dziś pada deszcz, więc nie dało się. Namawia mnie na wspólne ćwiczenia na siłce. Nie chce mi się jak diabli, ale jak ma jej to poprawić humor i dać motywację, to chyba nie mam wyboru... Na szczęście nie musiałem jej mówić, żeby robiła sobie kanapki do pracy, zamiast żreć batoniki, ciastka i wafelki, bo sama na to wpadła. Zrezygnowała też z obżerania się chipsami z dzieciakami wieczorem przed telewizorem, co im też na dobre wyjdzie, przynajmniej na żołądki, bo po chudzielcach obżarstwa nie widać. Nie wiem, jak oni mogą jeść to świństwo. Jeszcze popcorn, to rozumiem, ale chipsów nie lubię; sam więc nie mam problemów z odmawianiem sobie tej "przyjemności".

Z ostatniej chwili: padł pomysł, żebyśmy razem zapisali się na kurs tańca towarzyskiego, bo to ponoć doskonale odchudza... A więc postanowione, z największą przyjemnością będę chodził z nią na siłownię. Już się nie mogę doczekać...

Dziś "awaryjnie" poszedłem na pocztę zamiast kolegi, który zwykle biega. A na poczcie widzę, że nic się nie zmieniło: kolejki jak były tak są, praca ciągle w tym samym tempie, pogaduchy ze znajomymi, sporo ludzi płacących rachunki przy okienku (jakby przelewu bankowego nie można było zrobić), drukarka igłówka :)

W pracy w zasadzie nowy rok niewiele przyniósł zmian. Miało być zwiększenie zatrudnienia, ale jeszcze nie czas. Miał być nowy crm, ale okazało się, że dotychczasowy jest lepszy, miała być zmiana biura, ale na razie nie ma. W zasadzie mamy tylko nową panią sprzątającą i program kpir. Może i dobra taka "mała stabilizacja". Wszystko jest znane i - przynajmniej w pracy - nie ma elementów frustrujących ;)

środa, 30 grudnia 2015

Tym razem wejdę w Nowy Rok chory i oby nie była to fatalna wróżba na cały rok.

Jutro Sylwester i opłacona impreza, której żona się już doczekać nie może, a ja nadal chory, na antybiotykach. Najchętniej przesiedziałbym ten czas w domu pod kocem, ale czego się nie robi, żeby kobietę uszczęśliwić. W dodatku możemy podjechać samochodem, bo pić nie będę. Całe szczęście, że idziemy w większej grupie, może nie będę musiał cały czas tańczyć. Jakoś się przeżyje te kilka godzin.

Jutro wolne, trzeba dzieciaki zawieść do dziadków. Na szczęście zgodzili się na urządzenie party dla naszych rodzinnych dzieciaków (nie tylko naszych), choć nie wiem czy nie będą tego żałować. Ale póki co cieszą się na zabawę z wnukami. Pewnie jeszcze nie wiedzą jak te wnuki potrafią być hałaśliwe i jakiej muzyki słuchają...

Wy też bawcie się dobrze. I do siego Roku.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Tagi